I
Zastanawiała się jak to jest być bohaterką pięknej historii o przyjaźni, miłości, zaufaniu. Takiej historii, w której wszystko jest jasne i po pierwszym rozdziale wiadomo, że wszystko skończy się dobrze. Bez zawiłości, niejasności i zwrotów akcji. Takiej z początkiem, składnym wstę
Gdyby była losem napisałaby właśnie taką historię, ale jako że losem nie była, takiej historii pisać prawa nie miała. Kto inny nazwał się losem i pisał historię według własnego życzenia, nie mając zamiaru słuchać uwag i propozycji Faustyny, chociaż były one naprawdę dobre. W rezultacie Faustyna obrażała się śmiertelnie.
Ten, kto kreślił tę opowieść albo robił to pierwszy raz albo był idiotą. Mógł być także Lunatykiem.
Trzy domy wzdłuż ulicy. Pod numerem pierwszym mieszkała stara dama w fioletowej sukni z kotem perskim. Numer drugi za siedzibę obrały sobie wrony i ich, osobiste wiecznie skłócone małżeństwo, Tana i Eryk. Tana i Eryk są ludźmi. Wrony są wronami. Na posesji numer trzy stal szary budynek i rosły krzaki forsycji z drzewami wiśni. W krzakach forsycji i koronach wiśni mieszkały wróble, rudziki i wiewiórki, a w szarym budynku szóstka dzieci.
Dnia trzeciego listopada mieliśmy się w ogóle nie spotykać. W tygodniu miałam mieć kilka klasówek, od których nie mogłam się wykpić i spotykanie się z kimkolwiek,zamiast nauki,wydawało mi się co najmniej nierozsądne.
Ale spotkaliśmy się. Nawet nie musiałam długo na niego czekać. Igor zjawił się co do minuty o 15:45. Uśmiechnięty, choć widać było, że zmęczony. Ale uśmiechnięty!
Poszliśmy do parku. Nie było czasu na chodzenie po kawiarniach czy barach.
Igorek wskazał pierwszą lepszą ławkę stojącą przy często uczęszczanej alejce od strony ruchliwej ulicy.
- Ta mi się nie podoba, Igor.
- Ale jest ładna
Wskazałam palcem na inną, stojącą nieopodal fontanny, pod drzewem. Nie podobają mi się ławki stojące przy samej ulicy (nawet jeśli dzielą ją od niej trawnik i ogrodzenie), choć pozornie nie różnią się od tych stojących przy fontannach. Usiadłam więc, a chłopak zajął miejsce obok.
Do mokrej kostki chodnikowej poprzyklejały się pożółkłe liście klonu. Ich ostre krawędzie wyraźnie odcinały się od różowawo-szarej kostki barwami czerwieni, brązu i żółcieni jesieni. Cały świat na który patrzyłam z ławki składał się tylko z szarości i kolorów opadłych liści. Taki właśnie świat wydawał mi się najpiękniejszy oparty na subtelnym spokojnym kontraście.
Podniosłam jeden z większych liści i obróciłam palcami łodyszkę zawirował szybko jak żagiel żaglówki, cicho furkocząc.
Rozmawialiśmy o piątkowym koncercie naszego Kontrabasisty Adama, na który nie wpuszczono mnie i mojej koleżanki z powodu niewystarczającej ilości przeżytych wiosen, samym Kontrabasiście Adamie, o szkole, o fugach, muzykach prawdziwych i samozwańczych Czas płynął, a ja na zmianę zakładałam nogę na nogę i wydzierałam z liści różne kształty całą sobą przekonana o tym, jak wielką tworzę sztukę. Czasami spoglądałam na kamienną nimfę na fontannie, która z cierpliwością pilnowała by woda płynęła z jej przechylonego dzbanka prosto do muszli pod jej stopami. Wrony i wróble przysiadały na brzegu źródełka i z przejęciem czyściły pióra.
Zadziwiająco szybko się ściemniło. Zdawałoby się, że musi się strasznie wielezdarzyć, strasznie dużo czasu minąć, by wreszcie zapadł zmrok. A podczas naszej rozmowy przemknęło tylko piętnaście minut, co więcej nic się nie wydarzyło! Nic, co by i tak już krótki czas, przyś
Czas do domu.
Na przystanku stało stosunkowo mało ludzi. Jakiś chłopak w kapturze siedział sam na ławce. Miał spuszczoną głowę, łokcie oparte na kolanach. Myślał. Starsza pani w żółtym berecie krzywiła się, nie mogąc przeczytać cyferek na rozkładzie jazdy. Do przyjazdu mojego autobusu zostało jeszcze 5 minut.
Igor stal spokojnie w miejscu, a ja kręciłam się na boki.
Nagle mignęła mi przed oczami całkiem znajoma męska kurtka. Gdy wróciłam wzrokiem w miejsce, gdzie zobaczyłam całkiem znajomą męską kurtkę, dostrzegłam znajomy męski szalik. Chłopak zbliżał się w jednakowym tempie, jakby sam sobie wystukując rytm. Ciągnął za sobą wielki granatowy futerał kształtem przypominający kontrabas.
Adam.
Uśmiecha się raźniej na nasz widok.
Przypominał mi bohatera pewnej książki Murakamiego, chłopaka w jego wieku puzonistę jazzowego Takahashiego. Byli podobni nie tylko ze sposobu bycia i stylu ubierania czy muzyki. W obu postaciach było coś identycznego. Obu darzę prawdziwą sympatią.
Ja też się uśmiecham.
Kontrabasista schylił głowę i pocałował mnie w policzek, tak jak zwykle to robił. Ale ten pocałunek czymś się różnił. Był inny. Ani bardzo ciepły, jaki bywał kiedyś, ani zupełnie chłodny, jaki nie bywał nigdy. Był letni, jak woda w dzbanku na kuchennym blacie w moim domu, jak rogaliki w koszyku - temperaturze pokojowej. Dostateczny. Tylko.
I tak nie mam prawa narzekać.
- Przepraszam ale bardzo spieszę się na metro - rzucił, a ja zeszłam mu z drogi. Instrument wydal mi się niewiarygodnie wielki, ciężki, zaczęłam zastanawiać się jak ktoś tak chudy jak Adam mógłby wziąć coś takiego na plecy.
Milczałam. Igor kiwnął głową.
- Spoko Cześć.
Patrzyłam jak stoi na przejściu dla pieszych, jak potrząsa głową, odgarnia pasmo ciemnych blond włosów z policzka. Jak mocniej ściska poręcz wózka, na którym ciągnie instrument. Instrument do niego nie proporcjonalny. Zdawałoby się, że kontrabas wyśmiewa swoją postawnością jego chude ramiona, długie nogi. Śmieje się tym samym tonem, co glany na moich nogach, których kolana zakrywa zwiewna, kremowa spódnica z falbankami. Może to zły przykład, ale właśnie takie skojarzenie mi się nasunęło.
Obaj byli dla siebie stworzeni. Uzupełniali się. Podkreślali nawzajem. Idealnie współgrali. W tym momencie nie jestem w stanie wyobrazić sobie istnienia ich obu osobno. Może ktoś inny potrafi. Ja nie.
Światło zmieniło się na zielone. Kółka wózka ruszyły żwawo, wioząc kontrabas posłusznie za właścicielem. Odwróciłam głowę w stronę Igora i uśmiechnęłam się.
Szczerze mówiąc miałam nadzieję Adama wtedy spotkać. Może nie tyle miałam nadzieję, co brałam pod uwagę taką okoliczność i gdyby miała ona miejsce byłabym całkiem zadowolona. Faktycznie byłam zadowolona. Miałam jedynie uczucie jakby coś mi uciekło, zostawiło gdzieś daleko za sobą i nie miało w planach wrócić. I jakbym ja nie mogła nic na to poradzić. Jakbym była bohaterką paradoksu Achillesa i żółwia. Achilles nigdy nie dogoni żółwia, który wystartował wcześniej. Bo kiedy heros dotrze do miejsca, w którym żółw był przed chwilą, żółwia już tam nie będzie, bo przesunie się o kolejny odcinek. Kiedy Achilles znów przybędzie do miejsca, w którym był żółw, tamtego znowu nie będzie, bo w tym czasie przeszedł kolejny odcinek, do którego Grek dotrze dopiero zaraz I tak bez końca. Nie znam pojęcia szybkości, prędkości, czegokolwiek. Żółw mi uciekł, zostawił za sobą
Nie czekaliśmy długo na autobus. Przyjechał zgodnie z rozkładem, o 16:12. Oboje do niego wsiedliśmy. Na moim przystanku wysiadłam tylko ja. Po naszym spotkaniu Igor wrócił jeszcze do szkoły muzycznej poćwiczyć.
Też poszłabym poćwiczyć. Ale nie mam na czym.
Cysteina posiada wolną grupę sulfhydrolową, która może reagować z tą samą grupą drugiej cysteiny. Ołówek podrapał fragment skóry za uchem. Metionina jest aminokwasem startowym w procesie translacji białka.. Kaoru uwierzyła w te prawdy już od pierwszego słowa, choć do naiwnych nie należy. Jeśli chodzi o biologię była w stanie uwierzyć w każdą wciskaną jej ciemnotę, o ile ta była w miarę logiczna.
Na dworze robiło się coraz ciemniej, choć była dopiero czwarta po południu.
Miedź bierze udział w procesach oksydo-redukcyjnych.
W przeciwieństwie do całego domu, w pokoju panował przeraźliwy chłód. Przynajmniej takim wydawał się dla dziewczyny, która każdą wolną chwilę spędzała na zapisywaniu logicznie brzmiących reguł albo na patrzeniu przez okno. Jedynym źródłem ciepła w tym jej pokoju była filiżanka herbaty z sokiem malinowym, bo ona (jako potencjalne źródło ciepła z racji bycia organizmem żywym stałocieplnym) sama była zupełnie zimna. Jej dłonie były zimne, jej policzki były zimne. Choć zdawało się jej to nie przeszkadzać, cały czas szukała myślami czegoś ciepłego, do czego przyłożywszy ręce, mogłaby wchłonąć trochę ciepła.
Herbata stygła zbyt szybko.
Kiedy nie patrzyła przez okno, przyglądała się kredkom poukładanych równo w pudelku, ich kolorom. Niektóre czerwienie miały tak cieple odcienie, że rozgrzewały. Ale tylko same siebie. Obok pąsowych kredek leżały złote żółcienie, po drugiej stronie chłodne fiolety. Z każdą nastę
Wszystkie kredki czekały aż zapomni o biologii i patrzeniu w okno.










--
Załaduj wszechświat do działa.
Wyceluj w mózg.
Strzelaj.
--
Weinner BAM!!!! you have jus been weinner bammed
very very good gallery
fajna galeria, pozdrawiam
--
Member of *The-Heart =darktactics *fractalers *Apophysis *PhotographersClub *long-expOsure-Club
--
in shadows i rest my tired soul...
nice gallery you have here
Keep it up ^^
--
Friendship is like pissing yourself, everyone can see it, but only you get the warm feeling that it brings ~
Plushie Commissions ~ [link]
--
Everyone has a photographic memory. Some just don't have film.
Previous PageNext Page